Historia jednostki

Wstęp
               To mogło być lato 1964 roku. A może rok wcześniej, albo rok później. Na placu między remizą strażacką, a domem parafialnym graliśmy całymi godzinami w piłkę - my, pszowscy ministranci. Na środkowych drzwiach remizy i na ciemnoczerwonej cegle domu parafialnego widniały kredą wymalowane bramki. Tworzyliśmy cztery 5-osobowe drużyny: Santos, Benfica (czerwone galotki), Real i któraś z włoskich, chyba AC Milan. Grałem w Santosie, na skrzydle. Byliśmy najlepsi, bo mieliśmy w swoich szeregach absolutną gwiazdę tamtych lat: "Białego Pele" - Gienka Procka ze Starej Maszyny. Gienek od wielu lat mieszka w Kokoszycach, gdzie się ożenił. Spotykam go co jakiś czas, wspominamy... Graliśmy, jako FC Santos, w niebieskich galotkach. Każdej z drużyn stroje sportowe kupił opiekun ministrantów, nasz kochany proboszcz, ks. Franciszek Pisulla. Uważał fuzbal za grę brutalną i polecał nam grać w handbal, ale jak tylko znikał za rogiem remizy, idąc na farę, przechodziliśmy natychmiast z ręcznej w nożną... Pamiętam jaki łomot sprawiliśmy słabemu Realowi Madryt, jak raz za razem piłka po strzałach białego Pele waliła w blaszane drzwi remizy. I jak wychodził z nich zawsze któryś z pszowskich strażaków (Karlik Glenc na pewno!), sprawdzić czy coś się komuś nie stało... Ale to były tylko kolejne bramki.

               Z tej książki, z "Historii OSP w Pszowie" dowiaduję się, że remiza została wówczas co dopiero wybudowana – w sierpniu 1961 roku. Równo pół wieku temu... I że towarzyszył temu wtedy, tamtego lata, wielki festyn. Że zabawa "odbyła się na podium w parku za kinem" (pamiętam to podium dokładnie, przylegało do domu Pana Marka, dzisiaj Pana Heidera, pamiętam zapach drewnianego podium po deszczu, jego cienie, kiedy się wychodziło wieczorem z kina "Apollo", chrabąszcze, które się unosiły nad tańczącymi parami w ciepłe majowe wieczory), a "wieczorem przeniosła się do sali u Posamonika" (pamiętam zapach lizolu na podłogach u Posamonika, nozdrza dziecka mają niedaleko do podłogi; a tam też byłem widzem meczu bokserskiego "Górnika Pszów" w latach 60-tych, pamiętam jak walczył Kapuścik). I że w 1969 roku strażacy kupili magnetofon "w celu grania na strażackich zabawach, gdyż udział zespołu okazał się za drogi na własne potańcówki". I że (w następnym zdaniu, w tym samym roku!) "przekazano 50 zł na pomoc dla Wietnamu, który był w stanie wojny z USA". Takie to były czasy.

               Czytałem wszystko z ogromnym wzruszeniem. Owe podsumowania dekad, listy nazwisk tak bliskich uchu i sercu - Kowol, Rusek, Rzodeczko, Staniczek, Fojcik, Glenc, Anderski, Reś, Tytko, Szłapka, Kałuża, Grzibek itd. itd. itp. itp. Te pozornie beznamiętne, rzeczowe opisy (kupić nową sikawkę, ugasić pożar, jechać do powodzi) okrutnego, krwawego stulecia, które przetaczało się przez moje miasto i zabierało na fronty najstraszliwszych wojen tych chłopaków z Zepłocia i Kontów, którzy nie chcieli przecież ani zabijać, ani ginąć, ale jedynie pracować na "Annie", założyć rodziny, chronić domy przed ogniem. I chodzić co niedziela do barokowego kościoła na wzgórzu.

               "Być strażakiem to być człowiekiem o Bożym sercu" – mówił 1 października 2011 roku Henryk Hoser, arcybiskup warszawsko-praski, do studentów warszawskiej Szkoły Głównej Służby Pożarniczej. I jeszcze: "strażacy narażając swoje zdrowie i życie przynoszą najbardziej skuteczną pomoc tym, których dotknęła klęska. Służycie człowiekowi, służycie jego życiu, jego dobru, ocalacie to co jest zagrożone, co jest do uratowania, ale przede wszystkim tego, kogo ogarnęły jakieś żywioły".

               Nawiązując do doświadczeń francuskich żołnierzy z okresu pierwszej wojny światowej, którzy czekając w okopach na bitwę czytali "Dzieje Duszy" świętej Teresy z Lisieux, abp Hoser zachęcał strażaków: "Gdy jesteście na dyżurach, w remizach, czy w biurach, sięgnijcie podobnie jak oni po jakieś źródło światła lub inspiracji, sięgnijcie po różaniec będący drabiną do nieba, a nie tylko po telewizor czy komputer".

               Zróbcie tak, tym bardziej, że Wasza remiza jest aż tak bliskim sąsiadem Bazyliki i Cudownego Obrazu naszej pszowskiej Madonny, Pani Uśmiechniętej...

               Waszą cnotą główną, Pszowscy Strażacy, jest odpowiedzialność – za bliźnich, przed Bogiem. Bądźcie pokorni i dumni.

               I śpiewajcie razem z zespołem "Pszowiki":
Zawsze piyrszy na wezwanie
Przed pożarem jak mur stanie
Nie cofnie się – chociaż praży,
Bo to chłopak z pszowskiej straży.
(...)
świynty Florian patronuje
I chłopaków wciąż wachuje

                                              Szczęść Wam Boże!

                                                                        ks. Jerzy Szymik
                                                                        Pszów, 17 grudnia 2011 r.


>>>powrót<<<